Nauka języków nigdy nie była czymś, co mnie pociągało i sprawiało mi przyjemność. Wręcz przeciwnie - z zawzięciem twierdzę, że nie posiadam ku temu umiejętności i wytrwale nie jestem w stanie przyswoić sobie nowych słów, zasad itd. niezbędnych do porozumienia się w języku innym, niż mój ojczysty.
Może nie posiadam ku temu talentu, a może wytrwale sobie to wmawiam.... A może jedno i drugie. Prawdopodobnie tak właśnie jest. Przyswajanie sobie nowego języka przychodzi mi topornie i z wysiłkiem, a nabyte zwroty pozostają w rejonie wiedzy czysto teoretycznej, która z mozołem przebija ku temu, żeby stać się wiedzą praktyczną. Lęk przed niezrozumieniem - obustronnym - powoduje moje wycofanie się. Zapominam korzystać z wiedzy już nabytej, a wszelkie próby polegające na postanowieniu sobie, że tym razem uda się i zagadam do tubylca w jego języku ojczystym - szybko rozpływają się i pozostawiają po sobie przykre uczucie niezadowolenia z samej sobie...
Co będzie, jeśli zagaję rozmowę, ktoś mi odpowie a ja nic z tego nie zrozumiem... Kapitulacja. Szybka i za każdym razem "skuteczna". I tak ciągle i ciągle. Sytuacja irytująca dla mnie samej. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele zależy od przełamania mojego lęku przed mówieniem i nawiązywaniu kontaktu z tubylcami przy pomocy ich języka. Otaczają mnie ludzie życzliwi, którzy są w stanie wyjaśnić mi zawiłości holenderskiego i nie mają nic przeciwko temu, żeby poświęcić mi uwagę ucząc mnie. Ludzie Ci cieszą się z moich prób mówienia, chwalą mnie i dopingują a ja wytrwale staję wobec tego okoniem i twierdzę, że nie.... Nie potrafię, nie rozumiem, nie posiadam ku temu talentu, jestem głupia i blablabla....Zamiast być wdzięczną za takie możliwości - "wypinam się na to" i wysyłam we Wszechświat niezadowolenie i negatywne emocje, którymi podkopuję siebie samą.
Oczekuję od siebie zbyt dużo, ale z drugiej strony uważam, że wszystko jest dla mnie zdecydowanie za trudne, że nie potrafię wypowiedzieć słów, że nie rozumiem itd. itd. Nie daję sobie czasu, nie praktykuję, nie utwierdzam wiedzy zdobytej w praktyce. Obrażam się na cały świat za to, że nie chce nagiąć się do moich zasad. Zamiast cieszyć się z tego, co już wiem, co potrafię, co przyswoiłam - wciąż mówię "mało, mało", ale jednocześnie nie robię nic, żeby było więcej. Duże, rozleniwione dziecko. Dokładnie tak - rozleniwione i rozkapryszone. Rozleniwione - bo nie chce mu się spróbować i zmierzyć. Rozkapryszone - bo ma być tak, jak ono chce.
I tak dzień za dniem z tym zamknięciu i błędnym kole. Najwyższy czas złą passę przerwać i zmienić to.... Mówię po holendersku - od dzisiaj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz